Po ligowej polskiej rąbance chciałoby się dostać coś na deser.
Wybrałem się więc dzisiaj do Premier League.
Zobaczyć Liverpool ( powstał w 1892 roku) w meczu z MCity (jeszcze starszy klub , bo założony w 1880 roku).
Plus legendarny stadion Anfield Road ( nazwa od dzielnicy Liverpoolu na którym jest położony) , na którym gra Liverpool ( teraz mieści 61272 miejsc). Stadion powstał w pierwszej wersji w..... 1884 roku . Plus oczywiście słynny hymn Liverpoolu "You'll never walk alone" odśpiewany gremialnie przez kiboli Liverpoolu. Aż ciary chodzą po plecach.
Zresztą co ciekawe to nie jest faktycznie hymn powstały na potrzeby klubu , a "przejęta piosenka " zespołu Gary nad Peacemakers z 1963 roku. Która była wcześniej jako piosenka wielkim przebojem w Anglii w tamtych czasach.
Dużo historii, sentymentów i wspomnień. Oraz bramkarz Dudek i jego mecz w finale LMistrzów w Istanbule i słynny "Dudek dance".
Dzisiaj oba zespoły strasznie nakręcone , bo Liverpool niby w czołówce tabeli, ale po wielkich wzmocnieniach jakoś "nie daje rady". Plus "Obywatele" tuż za Arsenalem w tabeli ich ligi.
O meczu pisać można : jakość, jakość, jakość. Deszcz, plus 8℃. Trybuny na maksa wypełnione.
Ale tak naprawdę wszystko się zaczęło dopiero pod koniec meczu, choć do tego czasu (pierwszej bramki - Saboslai bomba z wolnego w 78' - patrz niżej) to były rożne chwile, a to w 1 połowie City było lepsze, a w 2 giej Liverpool.
Koniec meczu i to była istna karuzela : 1-0 (74') 1-1 (84') ,karny Halland (w 93') na 1-2 . I ten nieszczęsny nieuznany czwarty gol MCity , w 100'.
Dziwna sytuacja ,gdy pada 3 gol dla City bodajże w 100 minucie, bo... wcześniej był FAUL Saboslaia na Hallandzie i mimo ,że jednak piłka wkulała się do pustej bramki to sędzia zgodnie z debilnymi przepisami MUSIAŁ cofnąć gola i.... podyktować wolnego dla City i wywalić z boiska Węgra.
Logika kretyńskiego przepisu zadziałała, a powinno być te 1-3 i już. Zgodnie z "duchem gry".
Koniec, pozostało 1-2.
Tak było co oglądać.


Komentarze
Prześlij komentarz